Czego właściwie szukamy, pytając o native speakera?
Każda szkoła językowa zna to pytanie:
— Czy macie Państwo native speakerów?
To dobre pytanie. Warto jednak zastanowić się, czego właściwie chcemy się z odpowiedzi dowiedzieć.
Kiedy trudno nam ocenić to, co naprawdę ważne, chętnie posługujemy się czymś, co łatwo zauważyć. Nie wiemy jeszcze, czy nauczyciel potrafi uczyć, ale możemy bez trudu ustalić, gdzie się urodził.
To trochę jak ocenianie restauracji na podstawie narodowości kucharza. Pochodzenie staje się wygodnym skrótem myślowym: Japończyk musi lepiej przyrządzać sushi, a Brytyjczyk lub Amerykanin znać „prawdziwy” angielski. Native speaker rzeczywiście zna swój język. Nie wynika z tego jednak automatycznie, że potrafi go również nauczyć.

Co obiecuje nam określenie „native speaker”?
Za poszukiwaniem native speakera najczęściej stoją zupełnie rozsądne potrzeby.
Chcemy osłuchać się z naturalną wymową, swobodniej rozmawiać i poznać żywy angielski — taki, którym ludzie rzeczywiście się posługują, a nie język pamiętający jeszcze szkolną tablicę i zdanie This is John. John has got a dog.
Liczymy na idiomy, slang, odniesienia kulturowe i wyczucie tego, co brzmi naturalnie. Czasem przygotowujemy się do życia w konkretnym kraju albo regularnie współpracujemy z Brytyjczykami czy Amerykanami. W takich sytuacjach odpowiednio dobrany native speaker może być znakomitym nauczycielem.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy jedna informacja zaczyna obiecywać wszystko naraz: naturalny język, lepszy akcent, ciekawsze zajęcia i szybsze postępy.
Jakby brytyjski lub amerykański paszport był jednocześnie gwarancją jakości.
Naturalny akcent, czyli właściwie jaki?
Przekonanie, że native speaker zapewni nam „naturalną wymowę”, opiera się na założeniu, że istnieje jeden właściwy angielski akcent.
Tymczasem inaczej mówi mieszkaniec Londynu, inaczej Glasgow, Liverpoolu, Teksasu, Dublina czy Sydney. Wszystkie te sposoby mówienia są naturalne. Niektóre mogą być trudne do zrozumienia nawet dla innych rodzimych użytkowników angielskiego.
Do tego angielski jest dziś językiem międzynarodowym. W pracy rozmawiamy nie tylko z Brytyjczykami i Amerykanami, lecz także z Niemcami, Szwedami, Hiszpanami, osobami z Indii, Holendrami i innymi Polakami.
Większości słuchaczy bardziej przyda się więc jasna, zrozumiała wymowa oraz osłuchanie z różnymi sposobami mówienia niż perfekcyjne naśladowanie jednego wybranego akcentu.
Sam kontakt z określoną wymową może oczywiście pomóc. Nie oznacza jednak, że po pewnym czasie zaczniemy mówić tak samo. Akcent nie poprawia się automatycznie od przebywania w tym samym okienku na Zoomie.
Dobry nauczyciel potrafi usłyszeć, co utrudnia zrozumienie, wyjaśnić pracę głosek, rytmu i akcentu zdaniowego, dobrać odpowiednie ćwiczenia oraz udzielić precyzyjnej informacji zwrotnej.
Może to być oczywiście native speaker, ale niekoniecznie.
Mówić językiem to nie to samo co go uczyć
Native speaker zazwyczaj intuicyjnie wie, co brzmi naturalnie. Nie zawsze jednak potrafi wyjaśnić, dlaczego.
Trochę przypomina rybę, dla której woda jest czymś tak naturalnym, że może być jej trudno wyjaśnić ją komuś, kto całe życie spędził na lądzie. Ryba znakomicie radzi sobie w wodzie, ale nie musi być najlepszym wykładowcą hydrodynamiki.
Nie jest to zarzut. Wielu Polaków bez trudu rozpozna niepoprawne zdanie po polsku, ale znacznie mniej osób potrafiłoby w przystępny sposób wyjaśnić obcokrajowcowi różnicę między „poszedłem” a „chodziłem”. Jeszcze mniej umiałoby zaplanować ćwiczenia, dzięki którym ktoś zacznie poprawnie używać tych form podczas spontanicznej rozmowy.
Znajomość języka i umiejętność jego nauczania to dwie odrębne kompetencje.
Dobrze przygotowany native speaker może wnieść na zajęcia znakomite wyczucie rejestru, naturalne kolokacje, wiedzę kulturową i bogactwo codziennego języka. Jeśli potrafi do tego diagnozować potrzeby słuchacza, stopniować trudność, dobierać materiały i udzielać użytecznej informacji zwrotnej, jego zajęcia mogą być świetne.
Samo pochodzenie żadnej z tych umiejętności jednak nie gwarantuje.
Nauczyciel, który zna drogę
Nauczyciel, który sam musiał nauczyć się angielskiego, ma inne doświadczenie.
Nie zna języka od urodzenia, ale pamięta drogę, którą trzeba było przejść. Jeżeli dodatkowo zna język ojczysty swoich słuchaczy, łatwiej mu przewidzieć typowe trudności, porównać oba systemy i zauważyć, kiedy problem wynika z przenoszenia polskiego sposobu myślenia na angielskie zdanie.
Może też pokazać strategie, które sam kiedyś stosował. Wie nie tylko, dokąd słuchacz powinien dojść, lecz także gdzie po drodze najłatwiej skręcić w niewłaściwą stronę.
To również nie stanowi automatycznej gwarancji jakości. Sam fakt nauczenia się angielskiego nie daje talentu pedagogicznego. Można znać język znakomicie i prowadzić zajęcia chaotycznie, nieskutecznie albo zwyczajnie nudnie.
Każdy nauczyciel wnosi do pracy własne doświadczenia. Ich wartość zależy przede wszystkim od tego, co potrafi z nimi zrobić.
Rozmowa czy lekcja?
Zajęcia z native speakerem często kojarzą się ze swobodną konwersacją. Bez podręcznika, szkolnego odpytywania i gramatyki, która próbuje zepsuć wszystkim wieczór.
Przyjemna rozmowa ma ogromną wartość. Buduje swobodę, pewność siebie i szybkość reagowania. Daje kontakt z naturalnym językiem i może skutecznie przełamać lęk przed mówieniem.
Może jednak również stać się cotygodniową okazją do powtarzania tych samych błędów w coraz bardziej komfortowej atmosferze. Błędy otrzymują wtedy znakomite warunki do przetrwania: dużo swobody, regularne spotkania i żadnych naturalnych wrogów.
Konwersacja nie staje się nauczaniem tylko dlatego, że odbywa się po angielsku.
Różnica pojawia się wtedy, gdy nauczyciel nie tylko podtrzymuje rozmowę, ale również wie, kiedy zareagować, co i kiedy poprawić, co na razie pozostawić i jak wykorzystać pojawiający się błąd do dalszej pracy. Dobra lekcja może wyglądać jak swobodna rozmowa, ale pod jej powierzchnią powinien kryć się jakiś zamysł.
Kiedy pochodzenie naprawdę ma znaczenie?
Pochodzenie nauczyciela nie jest informacją bez znaczenia.
Jeśli planujemy przeprowadzkę do Szkocji, kontakt z nauczycielem dobrze znającym tamtejszy język i realia może być niezwykle cenny. Jeśli pracujemy głównie z Amerykanami, chcemy lepiej rozumieć ich styl komunikacji albo interesuje nas konkretny wariant angielskiego, odpowiedni native speaker będzie naturalnym wyborem.
Nie chodzi więc o to, by pochodzenie ignorować. Chodzi o to, by nie mylić jednej cechy nauczyciela z pełną oceną jego kompetencji. Pochodzenie może stanowić ważny atut. O wartości zajęć decyduje jednak dopiero to, jak nauczyciel potrafi ten atut wykorzystać.
Paszport nie jest jeszcze planem lekcji.
